FATE, THE WINX SAGA – THANKS, I HATE IT

Kilka tygodni temu odbyła się długo wyczekiwana premiera miniserialu Netflixa, bazująca na ulubionej animacji wszystkich, którzy dzieciństwo spędzili w 00’ – także mojej (suck it up, W.I.T.C.H. stans). Trailer mocno mnie zaniepokoił, ale jednocześnie sprawił, że wyczekiwałam reboota live action z jeszcze większym zniecierpliwieniem. Po seansie, który oczywiście odbyłam w ciągu jednej nocy, jestem zawiedziona i… zadziwiona.

Show jest niesamowicie przewidywalne i posługuje się wysłużonymi kliszami w konwencji serialu dla młodzieży. Scenariuszowi i poszczególnym wątkom brak kreatywności. Produkcja przypomina każdy inny Netflixowy, edgy, pseudo-mroczny tytuł, tym razem posługuje się po prostu nostalgicznym clickbaitem, umieszczając w nazwie „Winx”. To jednak nie jedyny problem. Serial zmaga się z zupełnie spudłowanymi decyzjami kostiumowymi, niezrozumieniem oczekiwań odbiorców, a także bolesnym whitewashingiem.

Dla tych, którzy jakimś cudem nie spędzili dzieciństwa oglądając w kółko oryginalny „Winx Club”, szybkie wprowadzenie: kreskówka włoskiej produkcji przedstawia perypetie grupy nastolatek studiujących magię w szkole dla wróżek Alfea, w wymiarze Magix. Protagonistką jest Bloom z planety Ziemia, która dopiero w nastoletnim wieku zdaje sobie sprawę, że tkwi w niej moc Smoczego Płomienia i nie umie do końca nad nią panować. Choć nie zdaje sobie z tego sprawy, jest predystynowana do bycia najpotężniejszą czarodziejką na świecie. W 2004 członkiń Winx Club było pięć: Bloom, Musa, Tecna, Stella, Flora – potem dołączyła też Layla/Aisha oraz Roxy. Każda z nich reprezentowała unikalną moc, styl i charakter.

Jednymi z najważniejszych aspektów serii były przyjaźń między dziewczynami oraz rozwój ich charakterów i adekwatnie – mocy. Fenomen tego serialu przerodził się w liczne zabawki, książki, gry i komiksy inspirowane paczką przyjaciółek. Jeśli zapytasz jakąkolwiek dziewczynę w okolicach dwudziestki o Winx, nie tylko będą wiedzieć o czym mówisz, ale zaczną opowiadać Ci o swojej idolce spośród czarodziejek. Produktem nowego milenium i mentalności Y2K, seria łączyła fantastykę z futuryzmem, co wyróżniało ją spośród innych produkcji o czarodziejkach.

W „Fate: The Winx Saga” Bloom pochodzi z Californi w tzw. Pierwszym Świecie. Już pięć minut pierwszego epizodu wystarczy, by doznać emocjonalnego dołka – dowiadujemy się, że społeczność wróżek kiedyś miała skrzydła, ale z niewyjaśnionych powodów ten aspekt zanikł. Błagam – kto nie oglądał animacji wyłącznie dla epickich przemian bohaterek? To była moja ulubiona część – piękny makijaż, zniewalające stroje, choreografie, magia! Jakże komfortowo dla budżetu produkcji. Szkoda, że nie zaczerpnęli inspiracji z X-Mana First Class czy Carnival Row.

Bloom ma problem z zaaklimatyzowaniem się w szkole pełnej uczniów, którzy o magii wiedzieli od zawsze. Niestety, pozostałe członkinie Winx nie pomagają jej w aklimatyzacji – ich przyjaźń rodzi się z przymusu, ponieważ dzielą dormitorium. W tym miejscu rozpoczyna się cringe fest, ponieważ powoli uświadamiamy sobie, że skład naszego ukochanego klubu uległ zmianie. Przedstawia się nam Bloom – wróżkę ognia, Aishę –wody (oryginalnie – fluidów), Terrę – ziemi (wcześniej była to flora i fauna), Musę kontrolującą umysł (oryginalnie była wróżką muzyki i grała na flecie poprzecznym) oraz Stellę – wróżkę światła, co zastąpiło bardziej wdzięczną nazwę – wróżka Słońca i Księżyca. Tecna, choć miała ogromny potencjał stania się silnym, alternatywnym, non-genderowym charakterem, równoważącym naiwność i słodkość pozostałych bohaterek, została wymazana. Jest to chyba jedyna wytłumaczalna decyzja twórców serialu – jej oryginalną moc, technologię, dziś nazywamy po prostu Internetem.

Fabuła różni się znacznie od oryginału sprzed 20 lat. Jeśli jakimś cudem nie widziałaś/eś animowanego „Winx Club”, za to lubisz „Teen Wolf” czy „Riverdale”, tego typu show powinno Ci się spodobać. Ale jeśli wychowałaś/eś się, tak jak ja, na tym serialu – tegoroczna adaptacja zrujnuje Twoje dzieciństwo. Wychodzi daleko poza materiał źródłowy w tonie przekazu, fabule, estetyce i przedstawionych wartościach. Po co więc nazywać ją „Winx”? Oczywiście – by żerować na nostalgii najbardziej aktywnej na platformie Netflix grupie wiekowej – młodzierzy i młodych dorosłych. Nie ma w niej cienia szacunku dla tego, na czym wyrośliśmy.

Jedną z niewielu pozytywnych zmian, jakie proponuje „Fate(…)” jest zrezygnowanie z podziału na wróżki – kobiety i specjalistów (współczesnych rycerzy, wojowników) – mężczyzn. Pozostawienie pierwowzoru w tej kwestii z pewnością wywołałoby nie lada kontrowersje. Z pewnością więcej polotu spodziewałabym się po strojach specjalistów, a to dopiero początek największego problemu, jaki mam z tą serią – zrezygnowanie z  wyborów estetycznych tamtych czasów. „Winx Club” nie bazowało na czystej fantastyce, za to serwowało obsesję futuryzmu i technologii. Zamiast latających pojazdów w najnowszej odsłonie widzimy fantazję umiejscowioną w teraźniejszości – nieustanne referencje do instagrama, a nawet… Harry’ego Pottera. Wspominanie innego magicznego świata w serii takiej jak ta to burzenie immersji i absolutny rock bottom.

Relacja między dziewczynami również pozostawia wiele do życzenia – jest wymuszona, nieautentyczna, zupełnie nie przypomina rozgrzewającej serce więzi, do której przywykliśmy oglądając Winx. Niemal zupełnie nie mają wspólnych scen, częściej widzimy je w parach. Stella – moja absolutna faworytka – jest niemiła i opryskliwa do granic możliwości, nawet ja, jej największa fanka, nie umiałam jej polubić. Terra, przedstawiona ostatecznie jako kuzynka Flory, jest zahukanym popychadłem – wyjątkowo kiepska decyzja, biorąc pod uwagę, że jest jedyną reprezentantką plus size. Aisha z kolei wydaje się pełnić dla pozostałych raczej rolę matki, niż przyjaciółki. Sytuacji nie poprawia trójkąt miłosny między Stellą, Bloom i Sky’em, który nie istniał w kreskówce. Najwidoczniej w 2021 roku  girl power jest wciąż niedoceniane, a elementem, wokół którego kręci się drama, pozostaje chłopak.

Chociaż serial próbuje być woke, na każdym kroku poruszając tematy patriarchatu czy mansplainingu, miło byłoby, gdyby zamiast wtrąceń dialogowych, serial jakkolwiek wcielał wartości w fabułę. Jeśli show rzeczywiście miało uderzać w demografię młodych dorosłych, znacznie ciekawsze od nastoletnich dram byłoby pokazanie grupy szczerych, blisko związanych, kicking-ass przyjaciół i podkreślenie jaką siłę ma feminizm.  Ze świecą szukać modernizmu w tym serialu. Społeczność queer nie istnieje – za wyjątkiem potencjalnie biseksualnych antagonistów. Niefortunny przypadek? Za tym idą kolejne nieporozumienia – podręcznikowa, jedna, czarnoskóra bohaterka, wymazanie Flory, której kolor skóry w animacji wskazywałby na latynoskie korzenie, oraz zupełny whitewash niezaprzeczalnie azjatyckiej w oryginale bohaterki – Musy.

Poruszanie trudnych, ciężkich tematów, nie musi być nudne i ponure. Przeciwnie – wprowadzenie dialogów czy postaci humorystycznych, pastelowych i neonowych kolorów oraz pogodnej atmosfery i gradialnie przechodzenie w mrok wraz z fabułą byłoby o wiele ciekawsze. Wystarczy spojrzeć na fenomen „Euphorii”, gdzie przemoc, lęki, gwałty, uzależnienia zbalansowano niezwykłym soundtrackiem, toną brokatu, przemyślanymi, zapierającymi dech w piersiach kostiumami i makijażem, który zainspirował całe pokolenie. Oczekiwałam tego samego, jeśli nie wiele więcej, po adaptacji „Winx”.

Ciekawostka: oryginalne wróżki serii były inspirowane gwiazdami 00’! Bloom – Britney Spears, Stella – Cameron Diaz, Flora – Jennifer Lopez, Tecna – P!nk, Musa – Lucy Lou, Aisha – Beyonce. Wyobraź sobie, że jesteś małą dziewczynką w 00’, która nareszcie widzi w kreskówce kogoś kto wygląda jak ona, w dodatku ten ktoś jest piękny, odważny i magiczny. A teraz wyobraź sobie, że dekadę później zostajesz zupełnie wymazana z adaptacji tego show.

A teraz moment, na który wszyscy czekaliście – kostiumy w „Fate: The Winx Saga”. Epic fail. Catherine Adair, odpowiadająca za projekty kostiumów i stylizację całego przedsięwzięcia, jest co najmniej nie na miejscu. Można by się spodziewać Lisy Evans, Vicki Barret, Mary Jane Fort, kogokolwiek, kto ma doświadczenie w ubieraniu nastoletnich bohaterów… Zamiast kogoś, kto ostatnio ubierał tylko „Desperate Housewifes”. Facepalm. Z pewnością umie ubierać kobiety w średnim wieku i tak też wyglądają nastoletnie Winx w nowej adaptacji – jak kobiety po trzydziestce w 2015 roku. Żadna z nich nie ma wyraźnie określonego stylu. Ich ubrania są nudne i nieautentyczne. Animowany „Winx Club” miał projektantów z prawdziwego zdarzenia, którzy kreowali wizerunek wróżek. To, jak dziewczyny były ubrane, było ogromnie ważną częścią uniwersum i jednym z powodów, dla którego tak chętnie oglądało się tę serię.

Szczególnie teraz, kiedy trendy #Y2K, czyli z czasów powstania oryginalnej animacji, są tak popularne, ubranie dziewczyn w skinny jeans, dżinsowe katany, hippi bluzeczki w kwiatki, zakolanówki, wyciągnięte swetry i tanie ramoneski jest szczytem ignorancji. Każda z nich powinna mieć inny, rozpoznawalny styl, a nie ubierać się… pod kolor swojej mocy. Tak jak widzimy już w trailerze, Bloom najczęściej nosi kolor czerwony, Aisha – niebieski, Stella – żółty, Tarra – zielony. Mam wręcz wrażenie, że ten żałosny dobór stylistyczny traktuje widza jak totalnego kretyna, któremu trzeba na każdym korku podkreślać, co reprezentuje każda z wróżek. W dodatku, podkreślę, ubraniami, których nie widziano w mainstreamie od co najmniej pięciu lat.

Jak Winx powinno być ubrane?

Bloom – paradoksalnie jej styl byłby najbardziej wishy-washy, uniwersalny i niewyróżniający się niczym, zupełnie jak jej charakter. Takie niestety są realia głównej bohaterki, której rolą jest, by każdy odbiorca mógł się z nią utożsamić. Girl next door style, typowo amerykański styl – dżinsowa minispódniczka lub spodnie – dzwony z wysokim stanem, obowiązkowo rozpoznawalne trampki albo sneakersy, inspiracja latami 90’, crop topy, różnorodność printów i prześmiewczych grafik czy napisów, a także serduszek i króliczków.

Aisha – sportowy styl, również mocno sięgający lat 90’, spodnie z wyraźnie niskim stanem i cargo pants, tank topy, Vansy, z pewnością coś wygodnego, być może oversize’ovego, oczywiście z miejscem na minispódniczki i obcisłe, urocze sukienki na cienkich ramiączkach. Spośród wszystkich wróżek, jej styl najbardziej odpowiada obecnym trendom Y2K. Jej postać, sportretowana w live action jako przestrzegająca zasad uczennica, w konwencji przedstawionego stylu idealnie portretowałby, że to nie nasz wygląd, ale działania które podejmujemy, ostatecznie świadczą o tym, kim jesteśmy, oraz że nie należy się aż tak przejmować tym, jak postrzegają nas inni.

Flora (Terra) – fakt, że jako ‘największa’ spośród obsady chowa swoje ciało pod workowatymi ubraniami, jest oburzający i niedorzeczny. Bezpowrotnie stracona okazja, by pokazać, że istnieje więcej niż jedna norma piękna. Biorąc pod uwagę jej przyjacielski charakter i z pewnością świadome podejście do sustainable fashion, jej styl powinien być najbardziej uwypuklony. Inspirowany cottagecore, dziewczęcy, prairie-esque, pheobe buffet, czerpiący garściami z baroku, a może nawet designerski, w stylu DIY. Koronki, bufki, hafty, plisy, kokardki…

Stella – oryginalnie najbardziej stylowa z dziewczyn, w serialu wygląda, jakby była na audycji do Real Housewifes of Beverlly Hills. W tej staromodnej, ubierającej długie płaszcze i botki Stelli nie ma śladu po jej osobowości a’la Sharpay Evans/Paris Hilton. Jej styl z pewnością nie byłby nonszalancki, biorąc pod uwagę, że jest księżniczką, ale równie pewnie oscylowałby w projektantów. Być może mieszałby unowocześnione komplety w stylu 90’ Channel z brandami w stylu Jacquemus? Oczywiście w palecie kolorów Stelli – różu, złocie, żółci, pomarańczu. To typ dziewczyny, która ma idealnego walla na instagramie.

Musa – chociaż w adaptacji nie jest wróżką muzyki, ta branża, na równi z taneczną, powinna definiować jej styl. Ze względu na jej korzenie, ciekawie byłoby zobaczyć ją też w stylizacjach inspirowanych chińskim, koreańskim czy japońskim streetwearem, wymieszanym z punkowymi naleciałościami. Chokery, tenisowe spódniczki, krata, crop topy, platformy, siateczki, lateks, srebro i łańcuchy. Cóż, przynajmniej zachowali jej oryginale akcersorium – olbrzymie słuchawki.

Tecna – cyberpunk! Pozostaje nam trzymać kciuki, że mimo wszystko dołączy do obsady serialu. A jeśli to się stanie, powinna nosić ciężkie materiały, zamsz, odblaski i elementy holo, fiolet i ultrafiolet, toksyczną zieleń, półprzezroczystości, nasycone, neonowe kolory lub matrixowe all-black otfits. Nieodłącznym dodatkiem byłaby uprząż o tysiącu kieszeni – gdzieś musiałaby przecież trzymać swoje gadżety. To ona, spośród wszystkich dziewczyn, najbardziej eksperymentowałaby ze stylem.

Adaptacja Winx jest niedomagająca pod każdym możliwym względem. Kreatywność naszego pokolenia z łatwością bije na kolana żałosne, Netflixowe próby zrozumienia, czym jest magia. Polecam pogrzebać w digital artach na instagramie, hashtagach, filmach na YouTube. Każdy z nich jest lepszy, niż to, co dostaliśmy od Iginio Straffi. Wielka szkoda, biorąc pod uwagę z jak bogatym estetycznie i wartościowym moralnie materiałem zaczynali. Nie wiem jak wy, ja poczułam natychmiastową potrzebę rewatchu animacji.

Winx, w Twojej dłoni moja dłoń, da nam taką wielką moc… Było płakane.

Follow
...

This is a unique website which will require a more modern browser to work!

Please upgrade today!